POWITANIElinia KLUB ZAPRASZAlinia KONTO BANKOWElinia MOTTOlinia CELElinia KLUB ORGANIZUJElinia SPOTKANIA WYJAZDYlinia ŹRÓDŁA FINANSOWANIAlinia HISTORIA AMAZONEKlinia PREZENTACJA KLUBUlinia OSIĄGNIĘCIAlinia WIERSZElinia KARTKI z NASZEGO ŻYCIAlinia AMAZONKI W OBIEKTYWIElinia

ARTYKUŁ-Anny pt."WIEDZA, A NIE STRACH"
z książki "Rak- kartka z życia"

Wiedza, a nie strach jest bronią w walce z rakiem piersi.Doświadczenia w walce z rakiem amerykańskich kobiet, powinny być przykładem do naśladowania. W USA już wypowiedziano wojnę tej chorobie przed 20 laty z dużym powodzeniem, o czym świadczą statystyki. Amerykańskie sławne kobiety - aktorki, żony polityków, nie wstydziły się głośno wykrzyczeć o swoich przeżyciach związanych z chorobą, rozpętały prawdziwą wojnę, wciągały w walkę z rakiem świat polityki, biznesmenów, urządzały rauty, na których zbierały pieniądze na profilaktykę.
Nauczyły się samokontroli oraz stosowania na szeroką skalę badań mammografem.Za przykładem Stanów Zjednoczonych poszła Wielka Brytania i inne państwa Zachodu. Wczesne wykrywanie guzów ratuje życie.
Dlatego, tak ważne jest, aby zdążyć przed rakiem.
Jakie są moje doświadczenia związane z tą straszną chorobą? Wszystko zaczęło się banalnie. Przechodziłam okres rehabilitacji po złamaniu obu kości podudzia lewej nogi.
Otrzymałam skierowanie do sanatorium w Połczynie; był luty 1993r. Ucieszyłam się z tego wyjazdu , wszystko było przygotowane łącznie z biletem na podróż. Bałam się odległości, lecz uważałam, że jak zwykle nie chce mi się ruszyć z domu. W pracy często czułam się zmęczona, wszystko mnie drażniło. Organizm sygnalizował chorobę, lecz ja tłumaczyłam to sobie przemęczeniem po zimie, brakiem witamin i minerałów w organiźmie.
Był piątek wieczorem, rozbierałam się, mąż zauważył:" co ty masz za wciągnięcice naskórka na górnej ćwiartce lewej piersi?". W poniedziałek miałam jechać do sanatorium.Nic mnie nie bolało, lecz pomyslałam , że przed wyjazdem skonsultuje się z ginekologiem. W pracy przed wyjazdem było sporo zajęć.Po wyjściu z pracy, ginekologa już nie zastałam. Pojechałam do Połczyna. Tam przy badaniu sygnalizowałam lekarzowi moje wątpliwości, lecz reakcji nie było. Czas w sanatorium między zabiegami wykorzystałam na odpoczynek oraz poprawę kondycji fizycznej i psychicznej.
Wizyta w Poradni Onkologicznej potwierdziła moje przypuszczenia. Biopsja- wynik zły. Po nakłuciu guza - przejmujący ból w piersi. Pośpiesznie wykonałam wszystkie potrzebne badania, rezerwacja miejsca na chirurgii, ustalono termin zabiegu. Bałam sie usypiania, myślałam,że to już koniec.W ciągu tygodnia znalazłam się na sali operacyjnej. Onkolodzy zalecali pośpiech. Wszystkie następne wyniki badań guza, już w trakcie operacji, potwierdziły nowotwór.Całkowita resekcja piersi i węzłów limfatycznych. Słyszę " już się budzi", ciemno, powieki są ciężkie, nie mogę otworzyć oczu, nie mogę mówić-jestem zaintubowana. Pracuje świadomość "ja żyję", niewypowiedziana ulga. Nie pozwalają spać. Bardzo chciałam żyć, tą walkę podjęłam dla męża, dla dzieci, a przede wszystkim dla siebie.
Nigdy nie zapomnę paraliżującego strachu, nieprzespanych nocy, płaczu.To było spotkanie ze śmiercią. Po operacji przeżyłam pół roku leczenia wspomagającego tzn. chemioterapii. Chemia była dla mnie koszmarem, czułam się coraz gorzej, byłam coraz słabsza, źle znosiłam leczenie.Wyniki badań podstawowych były często tak złe, że trzeba było przerywać chemię, a podawać leki wspomagające. W trzy dni wyszły mi włosy ,musiałam nosić perukę. Mimo złych wyników, modliłam się; wierzyłam, że w końcu się pozbieram. Dobrze dobrana zagraniczna proteza i odpowiedni biustonosz, to mały krok do przodu. Chodziłam na rehabilitację, usprawniałam rękę,tę po stronie operowanej. Robiłam wszystko, aby nie dopuścić do dużego obrzęku limfatycznego.Dbałam o siebie, o rękę o właściwe odżywianie. Zaczęłam interesować się sposobami samokontroli i samoleczenia. Przeprowadzałam samokontrolę umysłu metodą JOSE SILVA. Wprowadzanie się w stan alfa - medytacja pomaga w uzdrowieniu. Była dobrą metodą na bezsenne noce. Mąż i dzieci stale podtrzymywały mnie na duchu.Myślę, że moja choroba była ciężką próbą dla całej rodziny. Mimo strachu nauczyłam się cieszyć z tego, co mi się udało. Mogło być gorzej. Wierzę, że będę zdrowa i ze wszystkich sił staram się żyć normalnie, cieszyć się życiem. Ważne są drobiazgi: słońce świeci, śpiewają ptaki, pachną kwiaty itp. Biorę leki, jestem pod stałą opieką Poradni Onkologicznej i uważam, że musi być dobrze.
Ja miałam raka.
Jestem członkiem Klubu "A M A Z O N E K". To wspaniała grupa wsparcia. Widziałabym każdą kobietę z problemem nowotworowym w Klubie. "Nie jesteś sama", a to naprawdę bardzo wiele. Pozytywne myślenie i otwarcie się na nowe, dobre zdarzenia są kluczem do sukcesu. Piątkowe spotkania w Klubie "A M A Z O N E K" są dużą szansą rehabilitacji fizycznej i psychicznej. Wspólne wycieczki służą zawieraniu przyjaźni i integracji grupy.
Takie współdziałanie w grupie, a potem również i poza grupą umożliwia szybszy powrót do normalnego życia, poprzez praktyczne przykłady, że skoro inni mają to za sobą, ja też mogę mówić o chorobie w czasie przeszłym.


ARTYKUŁ - Krystyny pt. "WSPÓLNA WALKA"
z książki "Rak- kartka z życia"

Kiedy zauważyłam, że na prawej piersi mam guza, udałam się na badania mammograficzne. Jakież było moje zdziwienie po odebraniu wyniku, który mówił, że w prawej piersi nie wykryto żadnych zmian, natomiast w lewej były zwapnienia. Udałam się do Przychodni Onkologicznej- zrobiono mi biopsję z obu piersi. Teraz było znowu inaczej- w lewej, badanie nic nie wykryło , w prawej, małe zmiany-chociaż doktor nie mogła jednoznacznie stwierdzić,że jest to rak. Początkowo umówiłysmy się, że będą cięte obie piersi ambulatoryjnie, ale po namyśle pani doktor zmieniła zdanie i postanowiła operować mnie pod narkozą.
W dniu 13.03.1995r.(to moje imieniny) poszłam do ordynatora chirurgii załatwić miejsce w szpitalu. Przyjął mnie bardzo miło i powiedział:"albo jutro albo za trzy tygodnie". Zdecydowałam się na czternastego, a operacja odbyła się dzień później. Kiedy leżałam już na wózku w sali operacyjnej, pani doktor cały czas mnie pocieszała mówiąc"na pewno nam się uda i tylko wyłuskamy". Owszem, powiedział mi również, że gdyby wynik (wstępny miał być już w czasie operacji) okazał się zły to oczywiście mogą amputować pierś. W czasie budzenia się na sali pooperacyjnej usłyszałam głos mojej pani doktor, która mówiła do obecnych tam osób "ale się zdziwi, że jest bez prawej piersi"- wcześniej, groźniejsze wydawały się zmiany w piersi lewej. Rano pani doktor powiedziała, że w czasie operwania guza, uważanego za zmianę mastopatyczną, trafiła na coś twardego- to coś, okazało się złośliwym rakiem.
Przyjęłam to strasznie- ryczałam bez przerwy. Tak-nie płakałam, tylko ryczałam. Nic nie pomagało, ani prośby najbliższych, ani groźby pani doktor, że rak nie lubi stresów, ani żadne środki uspakające. Nie chciałam nikogo widzieć, z wyjątkiem męża i synów. Tak, moi najbliżsi dbali o mnie bardzo. Leżąc w szpitalu, czułam również miłość, przyjaźń i wielkie oddanie nie tylko moich synów i męża, ale też przyjaciół, koleżanek z pracy, sióstr, ojca, dziesięcioletniej chrześnicy,która modliła sie o zdrowie cioci. Kiedy przychodził któryś z moich synów lub mąż przekazywali mi zawsze kto dzwonił, kto podał ciasto, soki, czy inne smakołyki.
Tak-uszanowali to,żeby nie przychodzić do szpitala, ale bliskość tych wszystkich drogich mi osób wyraźnie czułam.Pobyt w szpitalu mimo wszystko wspominam bardzo dobrze. Wspaniała opieka pielęgniarek, salowych, uczennic ze Szkoły Medycznej no i oczywiście pani doktor, która sama robiła opatrunki, zaglądała na salę w każdej wolnej chwili, czułam jak bardzo chce mi pomóc w moim cierpieniu. Jeszcze jedna wspaniała osoba, to pacjentka z Warszawy. Była tak pogodna, tak optymistyczna i tyle dodała mi otuchy, że nawet uśmiech zaczął gościć na mojej twarzy.
Mój pierwszy dzień w szpitalu był dniem, w którym przestałam palić papierosy (właśnie wczoraj minęło osiem miesięcy od tej pory). To nie strach, że mam raka, zmusił mnie do rzucenia, ja po prostu wykorzystałam okazję. Najbardziej z tej decyzji ucieszył się mój starszy syn, który tyle razy prosił mnie, abym rzuciła, a mnie ciągle brakowało silnej woli.
Po powrocie ze szpitala zaczęła się chemioterapia. Dostałam "końską dawkę czerwonej chemii". Dziś jestem już po dzisięciu wlewach, zostały jeszcze dwa, a może aż dwa? Czuję, jak strasznie moje ciało jest nasączone tymi okropnymi lekami. Różnie przechodziłam tą chemię, były nudności, wymioty, uczulenie na zapachy, wypadanie włosów i ten okropny smak w ustach. Radziłam sobie jak mogłam, jak umiałam, jak radziły
"A M A Z O N K I", które wszystko to przechodziły wcześniej.
Dzisiaj mam w sobie dużo optymizmu, wiem, że jestem otoczona wspaniałymi ludźmi, którzy ani na moment nie opuszczali mnie. Nie pozwolili abym zamknęła się ze swoimi kłopotami. Zapraszana jestem na wszystkie uroczystości, dalej mnie odwiedzają, dzwonią i cieszą się razem ze mną moimi radościami. Dziękuję wszystkim, którzy w tych ciężkich chwilach byli całym sercem przy mnie. Mam dwóch wspaniałych synów- starszy w tym roku skończył Politechnikę, młodszy jest na trzecim roku akademii Medycznej. Wierzę, że doczekam ukończenia studiów przez młodszego. Jestem z nich bardzo dumna. Wiem, że zawsze mogę liczyć na pomoc męża i synów.
Do Klubu "A M A Z O N E K" trafiłam w maju 95r. Jest to bardzo pomocna forma dochodzenia do równowagi psychicznej i fizycznej (gimnastyka). Kiedy patrzę na swoje wyleczone koleżanki, które są kilka lat po operacjii, wierzę, że raka można zwyciężyć, kiedy się bardzo tego chce.
Lubelskie Stowarzyszenie Amazonek